„A tam, cicho być!” – to nie tylko najbardziej rozpoznawalna fraza Bogdana Smolenia, ale i symbol całego pokolenia, które musiało śmiać się między wierszami. Bo prawdy nie dało się wtedy wypowiedzieć wprost. Ale można było ją zaśmiać. I właśnie w tym był mistrzem – w precyzyjnej, bezczelnie błyskotliwej satyrze, która uderzała w punkt.
TEY – kabaret jak lustro
W latach 70. i 80. kabaret TEY był zjawiskiem. Właściwie – był buntem. W duecie z Zenonem Laskowikiem, Smoleń nie tworzył zwykłych skeczy, ale skrzywione zwierciadło rzeczywistości. Ich teksty nie były oderwane od życia – one to życie prześwietlały. Skecz o pustych półkach, urzędach, głupocie systemu – to był teatr absurdu, który znał każdy obywatel PRL-u.
I choć żartowali z codzienności, TEY był bardzo poważnym kabaretem. Bo żeby mówić o rzeczach ważnych w sposób śmieszny – trzeba mieć nie tylko talent, ale i odwagę. A oni ją mieli. Świetnie się uzupełniali – Laskowik jako mistrz scenicznej ekspresji, Smoleń – jako ten cichy, ironiczny, spoglądający z boku. Swoim niskim głosem i wyważoną mimiką potrafił wywołać salwę śmiechu jednym słowem.
Kabaret bez taryfy ulgowej

Kabaret w wykonaniu Smolenia nie był tylko rozrywką – był aktem odwagi. Występy TEY jak „Z tyłu sklepu” „Bieda” rozbrajały rzeczywistość do gołej kości. Polska widownia śmiała się nie dlatego, że było lekko – tylko dlatego, że znała ten absurd z własnego życia. We fragmencie skeczu wyjaśniają widowni skrót – „SKLEP-Stój Kliencie lub Ewentualnie Poproś”…
Nie było taryfy ulgowej. Cenzura cięła teksty bezlitośnie, ale Smoleń i Laskowik umieli mówić między wierszami. Ich publiczność była inteligentna, rozumiała aluzje, łapała ironię. Widownia nie była traktowana jak statyści śmiechu, ale jak partnerzy – i właśnie dlatego fragmenty ich występów powtarzała cała Polska.
Człowiek z wielkim sercem
Choć miliony ludzi znały go jako satyryka, Bogdan Smoleń był znacznie kimś więcej niż tylko kabareciarzem. Po śmierci żony i syna, wycofał się z życia publicznego. Znalazł ciszę i sens w opiece nad zwierzętami. Założył Fundację Stworzenia Pana Smolenia, gdzie prowadził hipoterapię dla dzieci. Dla wielu – to właśnie tam objawiło się jego największe serce.
Nie lubił, gdy go poklepywano po plecach. Był zdystansowany, nie zabiegał o poklask. Popularność traktował z rezerwą, nie jako wartość samą w sobie. – „Popularność? E tam… Przyjaźń jest więcej warta. Rodzina. A nie to, że ktoś mnie pozna w sklepie i się uśmiechnie.” – mówił w jednym z wywiadów.
W rozmowie z Anną Karoliną Kłys w radiowej Trójce wspominał najpiękniejsze chwile dzieciństwa. Mówił, że ludzie często wiedzieli o jego życiu więcej niż on sam. A gdy zapytano go, co dziś go bawi, odpowiedział bez zastanowienia:
– „Ja jestem taki gatunek, że rzadko mnie coś rozśmiesza.”
– „A coś w naszej rzeczywistości? Coś pana śmieszy?”
– „Nie. Jak byłem koło urny wyborczej, to wcale się nie śmiałem. Skreśliłem gościa z przyjemnością.”
I co nam zostawił?

Zostawił więcej niż cytaty i powidoki z kabaretowej sceny. Więcej niż archiwalne nagrania i śmiech, który jeszcze przez chwilę dźwięczy w uszach. Zostawił sposób patrzenia – nie wprost, ale przez ironiczny filtr.
Nie był ikoną z pomnika. Był człowiekiem z krwi i kości – z przymrużonym okiem, cichą zadumą i sercem po właściwej stronie. Człowiekiem, który śmiechem leczył siebie i innych.
A na koniec zostawił nam coś najcenniejszego: tę chwilę zawahania przed wybuchem śmiechu – kiedy już wiesz, że zaraz będzie zabawnie, ale też wiesz, że właśnie dotknął czegoś, co naprawdę ma znaczenie.
Bo w jego śmiechu – jak w dobrym zwierciadle – odbijał się nie tylko PRL. Odbijali się wszyscy tamtych czasów.




