Czasem patrzymy na kogoś, kto z lekkością przechodzi przez burze, i zadajemy sobie pytanie: czy on ma coś, czego ja nie mam? Może to wrodzony optymizm? Szczęśliwsze dzieciństwo? A może po prostu szczęście? Ale pod tą powierzchnią często kryje się coś innego — wewnętrzna decyzja. Cicha zgoda na to, żeby żyć w zgodzie ze sobą. Na przekór okolicznościom.
Psychologia pokazuje, że nasze nastawienie nie tylko kształtuje to, jak odbieramy świat, ale też wpływa na to, jakie decyzje podejmujemy. Jeśli głęboko w środku wierzymy, że warto próbować — nie rezygnujemy. Jeśli mamy przekonanie, że życie potrafi się zmieniać — jesteśmy bardziej otwarci na możliwości. I odwrotnie: jeśli z góry zakładamy, że „to i tak nie ma sensu”, umysł zaczyna dostarczać nam dowodów na potwierdzenie tej tezy. Mechanizm znany jako błąd konfirmacji sprawia, że zaczynamy widzieć tylko to, co utwierdza nas w naszej narracji. Reszta — po prostu znika z pola widzenia.
Właśnie dlatego kluczowe jest pytanie: jaką opowieść o świecie opowiadasz sobie każdego dnia?
Bo każda opowieść jest jak nasiono. Zasiane raz, może zakiełkować i rozrosnąć się w coś większego. Książka „Szczęście czy fart” przypomina o czymś fundamentalnym: szczęście rzadko kiedy spada z nieba. Ono przychodzi do tych, którzy są w ruchu. Do tych, którzy robią ten jeden krok więcej, nawet jeśli nie widzą jeszcze całej drogi. Bo tylko przez działanie wchodzimy w nowe konteksty, spotykamy nowych ludzi, widzimy inne możliwości. A z bierności jeszcze nic nie powstało — poza poczuciem utknięcia.

To, co myślimy, kształtuje nasz sposób widzenia. A sposób widzenia — wpływa na sposób działania. Jeśli wierzymy, że świat nas wspiera, zaczynamy dostrzegać znaki, zbiegi okoliczności, okazje. Ktoś coś powie, ktoś zaprosi, gdzieś przeczytamy zdanie, które stanie się mostem do kolejnego ruchu. Ale trzeba być w drodze. Trzeba siać, nawet jeśli nie wiemy jeszcze, jaka ziemia przyjmie ziarno.
Socjologia przypomina, że żyjemy w określonych systemach narracyjnych — rodzinnych, społecznych, kulturowych. Jeśli dorastaliśmy w atmosferze lęku, braku, zamknięcia, łatwo wchłonąć przekonanie, że nie warto próbować. Ale to nie jest nasze przeznaczenie. To tylko początek, a nie wyrok. Można to przełamać — ale wymaga to świadomości i decyzji, by codziennie wybierać inaczej. Inne słowo. Inne działanie. Inne spojrzenie.
Pogoda ducha nie jest dana raz na zawsze. Niektórzy mają do niej łatwiejszy dostęp, inni muszą ją w sobie budować. Ale każdy może. To przestrzeń, którą się uprawia jak ogród — codziennie, uważnie, cierpliwie. Czasem przychodzi susza, czasem burza, ale jeśli wciąż siejemy to, co wspiera naszą wewnętrzną zgodę na życie — zbierzemy plon.
Nie chodzi o to, żeby zawsze być „pozytywnym”. Chodzi o to, żeby mieć w sobie pewną gotowość — że coś może się wydarzyć. Że życie może zaskoczyć, ale najpierw my musimy ruszyć. Nawet jeśli nie jesteśmy pewni. Nawet jeśli boimy się, że nie mamy wystarczająco dużo odwagi. Bo ona pojawia się dopiero w ruchu. Wtedy też zaczyna rodzić się pogoda ducha — jako wewnętrzne światło, które nie zależy od pogody na zewnątrz.
I chodź ta narracja nie zawsze jest obecna to podświadomie z założenia będzie prowadzić do dróg bardziej oświetlonych niż mrocznych. Do kontekstów wiary i możliwości a nie sabotażu.




