Są spektakle, które dotykają czegoś głębokiego – niewypowiedzianych żalów, ukrytych pretensji, miłości, której zabrakło w kluczowym momencie. Sonata jesienna Ingmara Bergmana, w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego, to właśnie taka opowieść – intymna, gęsta od emocji, a przy tym niezwykle uniwersalna.
Na scenie spotykają się dwie kobiety – matka i córka. Charlotta (Danuta Stenka) to światowej sławy pianistka, kobieta przywykła do podziwu i uwielbienia, dla której muzyka była zawsze ważniejsza niż ludzie. Po latach wraca do domu, w którym czeka na nią Ewa (Zuzanna Saporznikow) – niegdyś zaniedbana córka, dziś kobieta niosąca w sobie ból dzieciństwa i niezaspokojonej potrzeby bliskości. Ich rozmowa zamienia się w emocjonalny pojedynek – pełen zarzutów, ukrytych ran, ale też niespodziewanych czułości.
Władza emocji, potęga ciszy
To spektakl, który wciąga widza jak wir. Tu nie ma gwałtownych gestów, wielkich dramatycznych uniesień – jest za to napięcie, które narasta stopniowo, aż w końcu eksploduje w scenach, od których trudno oderwać wzrok. Każdy ruch, każde spojrzenie Stenki i Saporznikow jest precyzyjne, pełne znaczeń. Gdy Charlotta mówi o muzyce, o tym, jak kiedyś grała z lekkością, jak publiczność szalała z zachwytu – przez moment naprawdę widzimy tę kobietę sprzed lat, triumfującą na scenie. Ale jednocześnie czujemy, że to tylko fragment jej prawdy, że za tym wspomnieniem kryje się samotność, jakiej nigdy nie chciała dopuścić do siebie.
To w tej scenie Stenka daje popis absolutnego aktorstwa – jej postać przez moment wydaje się lekka, niemal unosi się w zachwycie nad dawną sobą, by po chwili opaść, jakby muzyka, która kiedyś ją niosła, dziś była tylko ciężarem. To moment, w którym widzów przechodzą dreszcze – bo czujemy, że Charlotta nie tylko wspomina, ale również konfrontuje się z tym, co utraciła.
Sonata jesienna w Teatrze Narodowym to przedstawienie, które wciąga widza w intymny świat relacji matki i córki, ale nie pozwala na łatwe osądy. To dramat o wielkiej sile emocjonalnej, w którym każde słowo, każdy gest mają swoje znaczenie. Widz zostaje postawiony przed lustrem trudnych pytań – o miłość, zaniedbanie, o cenę pasji i samotność, którą czasem wybieramy nieświadomie.
To teatr, który nie daje ukojenia, ale pozostawia ślad. Nie ma tu wielkich teatralnych gestów, a jednak napięcie jest namacalne, emocje wręcz fizycznie odczuwalne. To spektakl, który nie tylko się ogląda, ale i przeżywa – głęboko, intensywnie, długo po wybrzmieniu ostatnich nut.




