W kinie Paolo Sorrentina młodość nie jest kategorią biologiczną. Nie mierzy się jej napięciem ciała ani obietnicą przyszłości. Jest stanem egzystencjalnym – rzadkim momentem czystości relacji ze światem. Zarówno w Wielkim pięknie, jak i w Młodości, młodość nie przynależy do młodych bohaterów, lecz istnieje obok starości, a czasem wręcz wbrew niej. Paradoksalnie: im bardziej bohaterowie są zmęczeni, doświadczeni, obciążeni historią własnych wyborów, tym wyraźniej młodość jawi się jako coś absolutnie innego – nieskazitelnego, niedotykalnego, niemal bolesnego w swej doskonałości.
Jep Gambardella z Wielkiego piękna posiada wszystko, co współczesna kultura uznaje za sukces: pozycję, inteligencję, estetyczną biegłość, dostęp do świata władzy i sztuki. A jednak jego fundamentalne doświadczenie jest doświadczeniem braku. Nostalgia, którą nosi, nie dotyczy konkretnego wieku ani utraconej miłości w sensie biograficznym. Dotyczy momentu, w którym życie było jeszcze niewinne – zanim zostało opisane, zinterpretowane i sprzedane. Młodość w tym sensie nie znika wraz z upływem lat. Zostaje zniesiona przez nadmiar świadomości, przez ironię, przez konieczność nieustannego komentowania samego siebie.
Sorrentino sugeruje, że młodość istnieje tam, gdzie rzeczy są jeszcze „po prostu”. Gdzie piękno nie wymaga uzasadnienia, a cisza nie musi być natychmiast wypełniona znaczeniem. To stan przed cynizmem, przed strategiami przetrwania, przed rolami narzucanymi przez życie społeczne. Dlatego Jep nie tęskni za przeszłością jako taką, lecz za pierwotną relacją ze światem – relacją bez dystansu.
W Młodości ten mechanizm zostaje pokazany jeszcze ostrzej. Dwaj starzy mężczyźni – kompozytor i reżyser – obserwują młodość jak zjawisko naturalne, którego już nie są częścią. Młode ciała pojawiają się niemal jak objawienie: spokojne, idealne, nieświadome własnej siły. Nie chodzi tu jednak o erotyzm. Kluczowy jest brak ciężaru. Młodość nie niesie historii, porażek, kompromisów. Jest czysta, ponieważ jeszcze nie musiała wybierać. I właśnie dlatego jest tak krucha.
Sorrentino nie idealizuje młodości w naiwny sposób. Pokazuje ją jako moment przed skażeniem – przed tym, jak życie zaczyna domagać się decyzji, odpowiedzialności, masek. Młodość jest tu jak muzyka, której nie da się zagrać drugi raz tak samo. Nie dlatego, że zapomnieliśmy nut, lecz dlatego, że zmienił się wykonawca. Dojrzałość nie odbiera zdolności odczuwania, ale zmienia jego strukturę: wprowadza filtr, dystans, świadomość konsekwencji.
Co istotne, młodość u Sorrentina nie należy wyłącznie do młodych. Pojawia się czasem w spojrzeniu, w pojedynczym geście, w krótkiej scenie, w której ktoś jeszcze potrafi zachwycić się bez ironii i bez autoobrony. To zdolność do odczuwania bez zabezpieczeń – bez dowcipu, bez pozy, bez ucieczki w formę. Taka młodość jest rzadka, ale nie jest całkowicie nieosiągalna.
Dlatego Wielkie piękno i Młodość są w gruncie rzeczy filmami o stracie, lecz nie o stracie czasu. Opowiadają o utracie pierwotnej niewinności wobec własnego życia – momentu, w którym istnienie nie było projektem do zarządzania, lecz doświadczeniem. Bohaterowie wiedzą, że nie da się do tego wrócić. I właśnie ta świadomość czyni te filmy tak przejmującymi.
Młodość u Sorrentina jest jak światło, które raz padło na twarz i nigdy nie wróci pod tym samym kątem. Można je pamiętać. Można za nim tęsknić. Można nawet próbować je odtworzyć. Ale nie da się go posiadać.
I być może najokrutniejsza, a zarazem najuczciwsza myśl tych filmów brzmi:
młodość nie odchodzi dlatego, że czas mija.
Odchodzi wtedy, gdy przestajemy być niewinni wobec własnego życia.




