Fotografował Ronalda Reagana, Jana Pawła II i wydarzenia, które przeszły do historii Polski. Prowadził dobrze prosperujące studio reklamowe, by później szukać nowych środków wyrazu na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Włodzimierz Krzemiński opowiada o fotografii bez wielkich deklaracji – za to z pamięcią do szczegółów, poczuciem humoru i przekonaniem, że dobry obraz nie zawsze potrzebuje wyjaśnienia.
Na jednej z fotografii dwie postaci myją wielką szklaną witrynę. Sylwetki odcinają się od jasnej powierzchni, a długie kije tworzą niemal geometryczny układ. Można doszukiwać się w tej scenie opowieści o pracy, codzienności czy miejskim życiu. Autor zwraca jednak uwagę na formę.
– Z mojego punktu widzenia to jest dokładnie obojętne, kto czyści to okno. Czy dzieci, mężczyźni, kobiety, ktokolwiek. Dla mnie jest ważne to, że są w dużym kontraście – tłumaczy. Po chwili dodaje: – Przyznam się, że zaczekałem, aż te kije będą mniej więcej równolegle.
To wyznanie dobrze oddaje jego podejście do kadru. Krzemiński nie szuka na siłę publicystyki ani społecznych manifestów. Interesuje go moment, w którym zwyczajna sytuacja nabiera wizualnego rygoru.
OD ZENITA DO ZAMKU KRÓLEWSKIEGO
Fotografia nie była jego pierwszym zawodowym wyborem. Ukończył technikum mechaniczne przy Hucie Warszawa i pracował jako mechanik, a aparat pojawił się w jego życiu pod koniec lat 70., dzięki znajomości zawartej podczas służby wojskowej.
Pierwszym był radziecki Zenit E z obiektywem Industar. Początkowo fotografował rodzinę, później zaczął wychodzić z aparatem na warszawskie ulice. Interesowali go ludzie, ich gesty i emocje. W czasach, gdy aparat nie był przedmiotem codziennego użytku, samo skierowanie obiektywu w stronę nieznajomego wymagało przełamania wewnętrznego oporu.
Rzemiosła uczył się sam. W domowej łazience urządził ciemnię, eksperymentował z chemią i kontrastem odbitek według klasycznego podręcznika Pękosławskiego. Na początku lat 80. trafił do Warszawskiego Towarzystwa Fotograficznego, gdzie przynoszone prace poddawano bezlitosnej krytyce.
Wśród jego wspomnień z tamtego okresu jest wystawa przygotowana w czasie stanu wojennego wspólnie ze Zbyszkiem Reszką. Cenzura nakazała zasłonić niemal wszystkie fotografie białymi kartkami – ocalały zaledwie dwie lub trzy. Przed wernisażem obaj autorzy, zdenerwowani debiutem w galerii przy ulicy Śniadeckich, poszli do pobliskiego Hotelu Metropol. Wypili po dwie szybkie wódki z obowiązkowym śledzikiem i na otwarcie własnej, ocenzurowanej wystawy spóźnili się kwadrans.
Pod koniec lat 80. fotografia zaprowadziła go do Zamku Królewskiego w Warszawie. Trafił tam dzięki rekomendacji Sławka Biegańskiego – fotografa i redaktora graficznego pisma Powściągliwość i Praca, który wkrótce wprowadził Krzemińskiego do Związku Polskich Artystów Fotografików.
Praca w Zamku wymagała żelaznej dyscypliny technicznej. Wnętrza dokumentowano aparatem wielkoformatowym Linhof Technika, a prawidłowość naświetlenia weryfikowano kasetami z Polaroidem. Przygotowywał również slajdy na potrzeby wykładów ówczesnego dyrektora Zamku, profesora Aleksandra Gieysztora.
Zamek był jednak przede wszystkim miejscem spotkań z wielką polityką. Przed obiektywem Krzemińskiego stawali Ronald Reagan podczas wizyty we wrześniu 1990 roku, brytyjska księżniczka Anna, Jan Paweł II czy ówczesny sekretarz generalny NATO Manfred Wörner. W grudniu 1990 roku dokumentował historyczną chwilę: przekazanie przedwojennych insygniów prezydenckich przez Ryszarda Kaczorowskiego Lechowi Wałęsie.
Osobne miejsce zajmowały pielgrzymki papieskie, na które uzyskiwał akredytacje. Jedną z sytuacji z Krakowskiego Przedmieścia wspomina ze szczególną satysfakcją. Jan Paweł II podszedł do zgromadzonych i uniósł w górę małą dziewczynkę w stroju ludowym. Fotoreporterzy wokół dysponowali nowoczesnymi aparatami z automatycznym przesuwem filmu. Krzemiński fotografował bez silnika, polegając na refleksie.
Kiedy w redakcji wywołano filmy, okazało się, że koledzy z szybkimi motorami przestrzelili ujęcie – zarejestrowali klatki ułamek sekundy przed i po geście. Jego pojedyncza klatka zatrzymała dziecko dokładnie w najwyższym punkcie.
– No tak, mam, trafiłem. Fajnie – podsumowuje po latach.
SUKCES, KTÓRY PRZESTAŁ WYSTARCZAĆ
Doświadczenie z Zamku otworzyło drogę do fotografii wnętrz i zleceń komercyjnych. Zaczynał od magazynu Dom & Wnętrze, by w latach 90. wraz z Krzysztofem Pawelą – cenionym fotoreporterem publikującym w prasie zachodniej – założyć profesjonalne studio fotografii reklamowej.
Zainwestowali w rozbudowany park oświetleniowy, aparaty Sinar i Mamiya oraz kosztowną przystawkę cyfrową – technologię, którą dysponowały wówczas zaledwie trzy lub cztery studia w całej Polsce.
– Pozyskaliśmy bardzo wielu dobrych klientów. Zarobiliśmy naprawdę niezłe pieniądze – wspomina.
Fotografowali ekskluzywne wnętrza i przedmioty. Zlecenia były prestiżowe i świetnie płatne, ale z czasem przyniosły twórcze znużenie. Krzemiński wspomina rozmowy z młodym asystentem, który z entuzjazmem opowiadał o kolejnych wystawach, podczas gdy on sam uświadomił sobie, że od dawna w żadnej galerii nie był.
– Siedzę, robię jakieś packshoty, wizerunki przedmiotów na tle – opowiada o tamtym momencie. – Cholera jasna, fotografia, która była moją pasją, udupiła mnie jakoś.
Na początku lat 2000. podjął decyzję o rozpoczęciu studiów na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu.
PIĘĆDZIESIĄTY PIERWSZY PATYK
Do Poznania trafił jako ukształtowany twórca, członek ZPAF-u z bogatym dorobkiem. Świadomie wybrał poznańską uczelnię, ceniąc jej otwarcie na multimedia i działania konceptualne.
Na zajęciach prowadzonych przez Natalię LL otrzymał zadanie pod hasłem Stany graniczne. Zainspirowany starą przypowieścią o ojcu uczącym synów, że pojedynczy patyk złamie każdy, ale wiązki nie przełamie nikt, postanowił sprawdzić fizyczną granicę własnego ciała.
Usiadł przed włączoną kamerą wideo rozebrany do pasa i zaczął metodycznie łamać kolejne gałązki, usypując przed sobą stos. Z każdą próbą wiązka stawała się grubsza. Przy pięćdziesiątym pierwszym patyku opór drewna okazał się zbyt duży – dłonie odmówiły posłuszeństwa. Krzemiński nie forsował siły. Wstał i wyłączył kamerę. Doświadczenie granicy zyskało wymiar namacalnego, fizycznego faktu.
W poznańskiej pracowni wideo zrealizował również etiudę Jestem w żółtym. W cieniu ówczesnych medialnych doniesień o zamachach, piratach i egzekucjach, nałożył na głowę żółtą reklamówkę i rejestrował z bliska dławiący, przyspieszający oddech oraz folię zasysającą się do ust, czemu towarzyszył narastający szum dźwiękowy. Ćwiczenie warsztatowe zmieniło się w sugestywny zapis lęku i bezradności, robiąc na wykładowcy ogromne wrażenie.
FOTOGRAFIE CODZIENNOŚCI
Mimo wejścia w świat wideo, instalacji i późniejszych eksperymentów z cyfrową destrukcją obrazu (jak w cyklu Pixel w Galaktyce Gutenberga), Krzemiński nigdy nie odszedł od klasycznej fotografii ulicznej. Najbliższa pozostała mu czerń i biel.
W jego archiwum obok warszawskich kadrów znajdują się ujęcia z Łowicza, z Gran Canarii czy znane zdjęcie z ławeczką z wileńskiej ulicy Giedymina. Szczególne miejsce zajmuje kadr, o którym autor mówi, że gdyby miał ukraść z własnej wystawy jedno zdjęcie, wybrałby właśnie to: niejednoznaczna kompozycja, w której postaci wymykają się z ram kadru, idąc pod prąd.
Swoje zdjęcia uliczne konsekwentnie nazywa fotografiami codzienności. Nie szuka w nich sensacji. Wystarczy drobny układ form: dwóch pracowników czyszczących witrynę, kontrast jasnej tafli szkła i kije ułożone przez ułamek sekundy idealnie równolegle.
Resztę pozostawia samemu obrazowi.
Od 23 października do 20 listopada 2026 roku w Galerii „U Strasza” Wojewódzkiego Domu Kultury w Kielcach prezentowana jest wystawa Włodzimierza Krzemińskiego Fotografie codzienności. To okazja, by przyjrzeć się kadrom, w których pozornie zwyczajne sytuacje stają się samodzielnymi, uważnymi opowieściami.
W kolejnej części: Msze księdza Jerzego Popiełuszki w Hucie Warszawa, praca w fotograficznej ciemni i wspomnienia ze stanu wojennego. Włodzimierz Krzemiński wraca do wydarzeń, których był świadkiem, i opowiada o fotografowaniu Polski lat 80.
Jeśli ten artykuł był dla Ciebie wartościowy i chcesz, aby O Zmierzchu i Świcie mogło nadal publikować niezależne teksty, możesz wesprzeć Fundusz Rozwojowy Magazynu.
Więcej informacji znajdziesz na stronie O MAGAZYNIE .
Treści publikowane w magazynie „O Zmierzchu i Świcie” mają charakter edukacyjny i popularnonaukowy. Nie stanowią porady medycznej, psychologicznej ani dietetycznej i nie zastępują konsultacji z lekarzem lub innym wykwalifikowanym specjalistą.




