Trudno znaleźć drugiego artystę, którego obrazy tak skutecznie wydostały się z ram. Peter Max malował płótna, ale jego słońca, planety, gwiazdy i unoszące się w przestrzeni postaci szybko zaczęły żyć gdzie indziej: na plakatach, znaczkach pocztowych, ubraniach, okładkach magazynów, samolotach, samochodach i statkach. Pod koniec lat 60. nie trzeba było znać jego nazwiska, żeby znać jego obrazy. Wystarczyło patrzeć.
Peter Max zmarł 14 września w Nowym Jorku. Miał 88 lat. Pozostawił po sobie znacznie więcej niż charakterystyczny styl. W dużej mierze współtworzył wizualne wyobrażenie epoki, którą dziś pamiętamy poprzez eksplozję koloru, psychodelię, fascynację kosmosem i przekonanie, że przyszłość może wyglądać zupełnie inaczej niż przeszłość.
Jego własna historia zaczęła się jednak daleko od kolorowej Ameryki.
Urodził się w 1937 roku w Berlinie jako Peter Max Finkelstein. Był dzieckiem żydowskiej rodziny, która opuściła nazistowskie Niemcy. Rodzina znalazła schronienie w Szanghaju, gdzie Max spędził znaczną część dzieciństwa. Później był Izrael, krótki pobyt w Paryżu i wreszcie, w 1953 roku, Nowy Jork. Ta geografia ma znaczenie. Zanim stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych twórców amerykańskiej kultury wizualnej, przez pierwszych kilkanaście lat życia właściwie nieustannie zmieniał kraje i kontynenty.
W Nowym Jorku uczył się malarstwa, ale zawodowo wszedł w świat grafiki. To właśnie tam wydarzyło się coś, co później określiło całą jego karierę: sztuka spotkała się z reprodukcją.
Max zrozumiał potencjał obrazu, który nie istnieje tylko jako jeden przedmiot. Może zostać powielony, wydrukowany, przeniesiony na inną powierzchnię i zobaczony przez miliony ludzi. W latach 60. jego studio tworzyło grafikę komercyjną i reklamową, a on sam rozwijał język wizualny złożony z intensywnych barw, płynnych linii, kosmicznych przestrzeni, profili ludzkich twarzy, kwiatów, gwiazd i charakterystycznych słońc. Jego język wizualny wyrastał z psychodelii, pop-artu i fascynacji erą kosmiczną.
Moment był idealny.
Ameryka patrzyła w kosmos, kontrkultura podważała dotychczasowy porządek, muzyka zmieniała sposób życia całego pokolenia, a druk pozwalał obrazom podróżować szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Max nie obserwował tego świata z boku. Dostarczył mu jednego z najbardziej rozpoznawalnych języków wizualnych.
W 1969 roku wydarzyło się coś niezwykłego: to nie jego dzieło, lecz sam Peter Max znalazł się na okładce „Life”. Artysta stał się częścią kultury celebryckiej. Jego nazwisko funkcjonowało jak marka, a jego estetyka była już obecna daleko poza galeriami.
I właśnie tutaj jego historia robi się najciekawsza.
Bo Peter Max nigdy specjalnie nie pilnował granicy między „wysoką” sztuką a kulturą popularną. Robił dokładnie odwrotnie: konsekwentnie ją zacierał.
Projektował amerykańskie znaczki pocztowe. Tworzył materiały związane z wydarzeniami sportowymi. Był oficjalnym artystą pięciu Super Bowls, mundialu w 1994 roku i reprezentacji USA podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Turynie w 2006 roku. Pokrył własną sztuką Boeinga 777 Continental Airlines. Jego obrazy pojawiły się na kadłubie statku wycieczkowego Norwegian Breakaway i samochodzie NASCAR.
Dla części świata sztuki ta wszechobecność była problemem. Max był niezwykle komercyjny. Jego prace reprodukowano masowo, a nazwisko licencjonowano na skalę, która znacznie bardziej przypominała funkcjonowanie globalnej marki niż tradycyjnej pracowni artysty.
Tyle że właśnie w tym tkwi paradoks jego kariery.
Można dyskutować o artystycznej wartości tysięcy reprodukcji, produktów i późniejszych realizacji. Znacznie trudniej zakwestionować skalę jego wpływu. Max zrozumiał coś, co dziś wydaje się oczywiste: obraz może stać się częścią zbiorowej wyobraźni właśnie dlatego, że przestaje być rzadki.
Jego sztuka była wszędzie.
A kiedy obraz jest wszędzie wystarczająco długo, zaczyna robić coś jeszcze – przestaje jedynie przedstawiać swoją epokę i zaczyna wpływać na to, jak ta epoka zostanie zapamiętana.
Dlatego dziś, patrząc na charakterystyczne kosmiczne pejzaże Maxa, trudno oddzielić je od naszego wyobrażenia końca lat 60. i początku 70. Te słońca, tęcze, planety i nasycone kolory wyglądają jak wspomnienie tamtego czasu, nawet dla ludzi, którzy urodzili się wiele lat później.
Peter Max nie namalował lat sześćdziesiątych.
Pomógł stworzyć ich kolor.


Jeśli ten artykuł był dla Ciebie wartościowy i chcesz, aby O Zmierzchu i Świcie mogło nadal publikować niezależne teksty, możesz wesprzeć Fundusz Rozwojowy Magazynu.
Więcej informacji znajdziesz na stronie O MAGAZYNIE .
Treści publikowane w magazynie „O Zmierzchu i Świcie” mają charakter edukacyjny i popularnonaukowy. Nie stanowią porady medycznej, psychologicznej ani dietetycznej i nie zastępują konsultacji z lekarzem lub innym wykwalifikowanym specjalistą.




