O ZMIERZCHU
I ŚWICIE
MAGAZYN KULTURALNY
ISSN 3071-9445
FB IG

ZIEMIA, KTÓRA JESZCZE MÓWI. OLGA TOKARCZUK. REYKJAVÍK

Są rozmowy, które kończą się wraz z ostatnim pytaniem, i takie, które jeszcze długo pracują w człowieku. Spotkanie z Olgą Tokarczuk w Reykjavíku należało do tych drugich. Słuchałem jej opowieści z poczuciem, że kolejne wątki – Islandia, dzieciństwo, psychologia, Londyn, granice, zwierzęta, historia, pisanie – nie rozchodzą się w różnych kierunkach. Przeciwnie. Układają się w jedną opowieść o tym, jak patrzeć na świat, aby nie zamknąć go w jednej wersji. Słuchałem jej częściowo z zewnątrz, częściowo – przy wątkach Londynu, Islandii czy psychologii – z bliska, jakby rozmowa raz po raz mijała się z moją własną biografią.

Ale tego wieczoru to przede wszystkim Tokarczuk opowiadała. I robiła to w sposób, który pozwalał zobaczyć, skąd właściwie biorą się jej książki.

Ziemia, która szepcze

Jedno z pierwszych pytań dotyczyło Islandii. Tokarczuk przyjechała tu po raz pierwszy około dwudziestu lat temu, razem z przyjaciółką, krytyczką literacką. Wspominała możliwość wyjazdu poza zamieszkane tereny i zetknięcie z krajobrazem, jakiego wcześniej nie znała. Mówiła o tym doświadczeniu bez dystansu. Nazwała je wręcz mistycznym.

Prowadzący: Jakie wspomnienia zachowałaś z tamtej pierwszej podróży na Islandię?

Olga Tokarczuk:
„To była dla mnie bardzo ważna podróż. Później wiele razy wracałam do tego doświadczenia. Byłam tutaj z przyjaciółką, krytyczką literacką, i prowadziłyśmy bardzo ciekawe rozmowy o literaturze pośród tej pustej ziemi. Mogłyśmy wyjechać poza zamieszkane tereny i znaleźć się w naturze, jakiej wcześniej nigdy nie doświadczyłam.

Nie wiem, jak zostanie to przez was odebrane, ale dwadzieścia lat temu miałam tutaj niemal mistyczne odczucia. Przede wszystkim czułam, że ziemia wciąż ma tutaj moc, żeby do nas mówić. Na kontynencie europejskim już tego nie ma. Kiedy przejeżdżałyśmy przez puste pola pełne kamieni, miałam wrażenie, że wszędzie coś szepcze.

Nic dziwnego, że macie tak silne sagi i tak silne opowieści. Wystarczy mieć duże uszy i słuchać tego, co ziemia cały czas do nas mówi. My, na kontynencie, utraciliśmy tę zdolność.”

To zdanie – ziemia wciąż ma tutaj moc, żeby do nas mówić – mogłoby otwierać jedną z jej książek. A jednak padło podczas rozmowy niemal naturalnie, jako wspomnienie miejsca.

Po dwudziestu latach Tokarczuk widzi już inną Islandię. Bardziej „ucywilizowaną”, jak powiedziała, dodając od razu: w dobrym i złym znaczeniu. Zauważyła też więcej drzew. Prowadzący zażartował, że do lasów wciąż daleko.

Ten lekki moment szybko prowadzi jednak do pytania znacznie większego: skąd bierze się sposób patrzenia, który pozwala usłyszeć historię w kamieniu, domu, krajobrazie?

Odpowiedź prowadzi do dzieciństwa.

Książki jak kontynenty

Matka Tokarczuk była nauczycielką języka polskiego i literatury, ojciec – bibliotekarzem. Pisarka wspominała, że jeszcze jako bardzo małe dziecko spędzała wiele czasu w bibliotece, chodząc pomiędzy regałami.

Olga Tokarczuk:
„Książki były dla mnie czymś w rodzaju kontynentów na mojej wewnętrznej mapie świata.”

Do dziś razem z mężem buduje własną bibliotekę i – mimo niepewności dotyczącej przyszłości książki – nadal wierzy w sens gromadzenia papierowych egzemplarzy.

Wychowywała się również blisko natury. Mówiła, że jej wpływ na własną wrażliwość pozostaje silny do dziś. Bardzo wcześnie wiedziała, że chce zostać pisarką.

A jednak poszła studiować psychologię.

Dlaczego?

„Trochę z buntu przeciwko matce” – odpowiedziała.

Matka chciała, aby studiowała polonistykę, tak jak ona. Nastoletnia Olga postanowiła więc zrobić coś zupełnie innego. W wieku siedemnastu lub osiemnastu lat trafiła na Freuda. Lektura okazała się dla niej wstrząsem: rzeczywistość przestała być wyłącznie tym, co znajduje się na powierzchni. Można było interpretować wydarzenia, szukać kolejnych warstw znaczenia, pytać, co kryje się pod tym, co widzialne.

Psychologia miała później pozostawić w jej pisaniu znacznie głębszy ślad.

Nie istnieje jedna historia

Prowadzący zapytał, czy praktyka psychoterapeutyczna wpłynęła na jej późniejszą twórczość.

Tokarczuk nie miała wątpliwości.

Olga Tokarczuk:
„Jednym z pierwszych odkryć podczas tej pracy było dla mnie to, że nie istnieje jedna rzeczywistość.”

Opowiedziała historię terapii rodzinnej. Pracowała z dwoma braćmi. Każdy z nich opowiadał o tej samej rodzinie – i każda z tych opowieści była inna. Zwracali uwagę na inne zdarzenia, inaczej rozkładali znaczenia, inaczej pamiętali.

Gdyby miała wówczas napisać historię tej rodziny, musiałaby napisać dwie historie.

Olga Tokarczuk:
„Zrozumiałam, że moja energia nie powinna zmierzać w stronę ustalenia jednej historii dla wszystkich. Powinnam raczej badać wszystkie możliwe wersje świata zawarte w opowieściach.”

Trudno znaleźć lepszy klucz do czytania Tokarczuk.

Prowadzący zauważył natychmiast, że dokładnie to dzieje się w jej książkach: wiele historii istnieje równocześnie. Żadna nie otrzymuje automatycznie prawa do unicestwienia pozostałych.

Słuchając tego fragmentu, pomyślałem, jak bardzo potrzeba jednej wersji wydarzeń potrafi zawężać nasze rozumienie ludzi. Terapia uczy czegoś odwrotnego: perspektywa jest częścią historii. Pamięć jest jej częścią. Miejsce, z którego człowiek patrzy, również.

U Tokarczuk ta wiedza psychologiczna staje się zasadą literatury.

Siła opowieści

Kiedy rozmowa wróciła do Prawieku i innych czasów, pojawiła się kolejna ważna postać – babcia pisarki, Michalina.

Tokarczuk była jej najstarszą wnuczką. Spędzały razem dużo czasu, a babcia opowiadała jej historie. Pozostało z tego coś znacznie ważniejszego niż rodzinne wspomnienia.

Olga Tokarczuk:
„Pytanie nie brzmi, czy coś jest prawdziwe. Pytanie brzmi: jak silna jest opowieść? Ile tworzy metafor? Jak jest bogata?”

Z zebranych historii i wspomnień powstał później literacki świat opowiedziany już z perspektywy Tokarczuk – przetworzony, rozwinięty, częściowo wymyślony.

Sukces książki przyniósł jeszcze jedną zmianę. Tokarczuk nadal pracowała wtedy jako psychoterapeutka. Po publikacji zdecydowała, że poświęci się wyłącznie pisaniu.

Nie miała przygotowanej następnej książki.

Po prostu zdecydowała.

Po latach mówi o tej decyzji z dumą.

Londyn. Zaglądanie do cudzego świata

Po upadku żelaznej kurtyny pojawiła się możliwość wyjazdu.

Tokarczuk opowiadała o rzeczywistości PRL-u jako świecie niedoboru: brakowało książek, jedzenia, ubrań, nawet kwiatów. Granice były zamknięte, paszport nie był czymś oczywistym, a wiedzę o świecie czerpało się przede wszystkim z książek i kina.

Pod koniec lat osiemdziesiątych dostała paszport i wraz z dwiema przyjaciółkami pojechała do Londynu. Pracowała jako pokojówka w hotelu, a po pracy uczyła się angielskiego.

I właśnie hotel okazał się niezwykłym laboratorium dla przyszłej pisarki.

Olga Tokarczuk:
„Paradoksalnie miałam najlepszy dostęp do tego społeczeństwa. Widziałam ubrania pozostawione na krzesłach, drobne rzeczy w łazienkach. I moja wyobraźnia zaczynała pracować.”

Z tych obserwacji powstało później opowiadanie Hotel Capital.

Po latach wróciła do tego samego hotelu już jako gość. Wynajęła elegancki pokój. Była tam pokojówka wykonująca tę samą pracę, którą kiedyś wykonywała ona. Tokarczuk pamiętała, żeby zostawić pieniądze pod poduszką.

Londynu, za którym tęskni, już jednak nie ma.

„It’s gone” – powiedziała.

Wspomniała także niewielką feministyczną księgarnię Full Moon, w której godzinami siedziała na podłodze i czytała książki z półek, ponieważ nie było jej stać na ich kupowanie. Nazwała to miejsce swoim pierwszym londyńskim uniwersytetem.

Kiedy przyszła pisarka myśli o sobie jak o mężczyźnie

Ten fragment rozmowy należał do najbardziej osobistych.

Tokarczuk opowiadała o dorastaniu pośród klasycznej literatury, której bohaterami byli przede wszystkim mężczyźni. Kobiety pojawiały się jako matki, siostry, kochanki; znacznie trudniej było znaleźć kobietę występującą jako samodzielny podmiot moralny czy filozoficzny.

Efekt był osobliwy.

Olga Tokarczuk:
„Kiedy byłam nastolatką, zaczęłam myśleć o sobie jak o mężczyźnie. Postanowiłam zostać pisarką i zaczęłam wyobrażać sobie siebie jako mężczyznę-pisarza.”

Dziś określa to jako absurdalne i przerażające.

Kontakt z literaturą feministyczną otworzył przed nią inną możliwość: odkrycie, że istnieje również inny świat opowieści, inne sposoby interpretowania klasycznych tekstów i możliwość poszukiwania w nich kobiecej perspektywy.

To doświadczenie wróciło później w jej własnej literaturze.

Historie mogą mieszkać piętnaście kilometrów od domu

Rozmowa o Domu dziennym, domu nocnym prowadzi do historii świętej przedstawianej jako kobieta z brodatą twarzą Chrystusa – postaci znanej pod różnymi imionami, między innymi jako Wilgefortis.

Tokarczuk natrafiła na jej przedstawienie w sanktuarium położonym zaledwie kilkanaście kilometrów od swojego domu. Zaczęła pytać, szukać w archiwach i bibliotekach – jeszcze przed czasami powszechnego internetu. Z tej fascynacji powstał apokryf włączony później do książki.

Najważniejsze było jednak odkrycie ukryte pod samą historią:

nie trzeba jechać daleko, żeby znaleźć cały świat.

To szczególne stwierdzenie u autorki tak mocno kojarzonej z podróżą.

Prowadzący zapytał więc:

Co jest dla pisarza ważniejsze – podróżować czy pozostać w jednym miejscu?

Tokarczuk odpowiedziała jednym słowem:

„Both.” – Jedno i drugie.

Dom, który nie chciał przestać mówić

Kiedy wraz z mężem kupili stary dom w Sudetach, miejsce miało za sobą niemiecką i czeską historię. Kolejni mieszkańcy pozostawiali po sobie warstwy. Dom był zrujnowany i wymagał ogromu pracy.

Ale Tokarczuk miała inne odczucie: dom do niej szeptał.

Historii było wręcz za dużo.

Nie potrafiła znaleźć jednej linii, która mogłaby je wszystkie uporządkować. Zaczęła więc szukać innej konstrukcji.

Pewnego razu wyszła na ganek i spojrzała w nocne niebo.

Zobaczyła gwiazdy.

Oddalone od siebie, niezależne punkty, które dopiero ludzki umysł łączy w figury. To my widzimy Oriona czy Kasjopeję. To my dokładamy do punktów historie i znaczenie.

Tak Tokarczuk opisuje narodziny swojej idei powieści konstelacyjnej.

Olga Tokarczuk:
„Konstelacja oznacza znacznie więcej niż zbiór punktów. Jest sposobem rozumienia rzeczy, które znajdują się daleko od siebie. To nasz umysł tworzy sens i znaczenie.”

I nagle psychologia z początku rozmowy spotyka się z literaturą.

Nie ma jednej opowieści, która musi podporządkować sobie wszystkie inne. Są punkty. Relacje. Perspektywy. A pomiędzy nimi człowiek, który próbuje zobaczyć figurę.

Paszporty.

W pewnym momencie rozmowa przesunęła się ku historii Europy Środkowej.

Tokarczuk przeciwstawiła islandzkie doświadczenie naturalnych granic doświadczeniu ludzi żyjących w europejskim „korytarzu”, gdzie granice przesuwały się ponad ich głowami.

Opowiedziała o swojej babci, która – pozostając tą samą osobą, z tym samym imieniem i nazwiskiem – miała w ciągu życia cztery paszporty i w pewnym sensie cztery narodowości.

W takim świecie stabilność przestaje być oczywista.

Tokarczuk przywołała Zygmunta Baumana i jego płynną rzeczywistość. Człowiek Europy Środkowej jest, w jej ujęciu, niejako trenowany do oglądania rzeczy z wielu perspektyw.

Granica pojawia się również jako doświadczenie fizyczne.

Mieszkając blisko Czech, Tokarczuk chodziła z psami po lesie i dla zabawy ją przekraczała. Dzisiaj linia pomiędzy państwami może wyglądać niewinnie. W czasach komunizmu sam gest jej przekroczenia nabierał charakteru buntu.

Zwierzęta nie mają podobnego problemu.

One po prostu przechodzą.

Dwa stoły

Historia powstawania Prowadź swój pług przez kości umarłych mogłaby być osobnym opowiadaniem.

Tokarczuk pracowała wówczas nad Księgami Jakubowymi. Projekt był ogromny, wymagał badań, czasu i energii. Jednocześnie znajdowała się w trudnym momencie życia – po rozwodzie, z problemami finansowymi.

Pomyślała więc: napiszę kryminał.

Coś prostszego. Książkę, która pozwoli zarobić pieniądze i wrócić do wielkiego historycznego projektu.

Podczas stypendium w Holandii urządziła sobie dwa stoły. Duży należał do Ksiąg Jakubowych: dokumenty, materiały, badania. Obok stanął mały stolik przeznaczony dla kryminału.

Plan nie przetrwał długo.

Historia o zabijanych myśliwych zaczęła pochłaniać coraz więcej uwagi. Pojawił się temat praw zwierząt, doświadczenia konfliktów z myśliwymi w Sudetach i Janina Duszejko – ekscentryczna starsza kobieta, astrolog.

Tokarczuk przenosiła coraz więcej energii z dużego stołu na mały.

Aż w końcu mała książka przestała być małą książką.

Po napisaniu zakończenia płakała. Wyszła na ganek, zapaliła papierosa i – jak wspominała – niemal zemdlała od intensywności przeżycia.

Zapytana o Duszejko, powiedziała z uśmiechem:

„Myślę, że Duszejko jest trochę projekcją mnie samej w przyszłości.”

Żeby napisać powieść, trzeba mieć obsesję

Wreszcie przyszły Księgi Jakubowe.

I jedno z najmocniejszych zdań całego wieczoru.

Olga Tokarczuk:
„Pierwsza lekcja dla każdego, kto chciałby napisać powieść, jest taka: trzeba mieć obsesję. Trzeba mieć obsesję na punkcie tematu. Bez niej to nie działa.”

Jej własna zaczęła się przypadkiem.

Podczas podróży po Polsce weszła do antykwariatu i znalazła niewielką książkę o Jakubie Franku. Nigdy wcześniej o nim nie słyszała. Przeczytała ją w pociągu w drodze do domu i nie mogła przestać o niej myśleć.

Dlaczego – skoro mieszka w tym kraju i uważa się za osobę dobrze wykształconą – nie zna tej historii?

Zaczęła szukać.

Archiwa, biblioteki, źródła. Temat rozrastał się, a wraz z nim obsesja.

Zdarzało się, że podczas przyjęcia stała z kieliszkiem wina przy regale, przypadkowo otwierała książkę i znajdowała odpowiedź na problem, którego nie mogła rozwiązać podczas pracy. Brzmiało to mistycznie, przyznała, ale sama tłumaczyła ten mechanizm psychologicznie: jej uwaga była już tak wyostrzona, że nieświadomie wszędzie poszukiwała materiału.

Księgi Jakubowe zajęły jej około ośmiu lat.

Obsesja miała swoją cenę.

Pisanie jako kontrolowana psychoza

Po ukończeniu książki Tokarczuk poczuła się fizycznie słaba. Badania nie wykazały niczego niepokojącego. W Krakowie trafiła do lekarza medycyny chińskiej, który – jak opowiadała – zapytał ją, co zrobiła ze swoim ciałem, bo wyglądało tak, jakby zużyła niemal całą energię.

Odpowiedziała: napisałam powieść.

Prowadzący przypomniał wtedy określenie z Biegunów: pisanie jako „kontrolowana psychoza”.

Tokarczuk roześmiała się i potwierdziła:

„Tak. Dokładnie.”

Chwilę później mówiła już poważniej:

Olga Tokarczuk:
„Nie wiem, może to tylko moje podejście, inni pisarze mogą doświadczać tego inaczej. Dla mnie jest to zawsze bardzo skomplikowana sytuacja energetyczna.”

I wtedy powiedziała coś, co na sali musiało zabrzmieć przewrotnie: po ostatniej powieści chciałaby już zostać emerytowaną pisarką.

Trudno było jej uwierzyć.

Zwłaszcza że chwilę wcześniej opowiadała o domach, które do niej szepczą.

Siedemset stron na pożegnanie

Nowa powieść, której polska premiera została w rozmowie zapowiedziana na październik, ma liczyć blisko siedemset stron.

Jej akcja rozgrywa się w 1946 roku, w zniszczonym Wrocławiu – mieście niemieckim, które po wojnie znalazło się w zupełnie nowej rzeczywistości. Przybywają ludzie z różnych stron Europy. Polacy, przesiedleńcy z terenów dzisiejszej Ukrainy i Litwy, ludzie z Francji i Niemiec, Żydzi, którzy przetrwali Zagładę, Grecy uciekający przed wojną domową. Wciąż mieszkają tam również Niemcy.

Na ruinach miasta trzeba zbudować społeczeństwo.

Tokarczuk mówiła o moralnym obowiązku opowiedzenia tej historii – o luce we wspólnej świadomości, do której przygotowywała się przez lata.

Znów powraca więc to, co pojawiło się podczas rozmowy o dwóch braciach w gabinecie terapeutycznym.

Jedna historia nie wystarczy.

Jedna narodowość nie wystarczy.

Jedna perspektywa nie wystarczy.

Literatura jest wciąż wolnym krajem

Pod koniec spotkania prowadzący zapytał Tokarczuk o polityczny opór wobec opowieści, które komplikują prostą, jednolitą wizję historii.

Pisarka odpowiedziała, że postrzega go jako reakcję na niepewność świata – rzeczywistości coraz bardziej rozmytej i trudnej do jednoznacznego opisania. Jednocześnie uważa, że powrót do świata szczelnie podzielonych państw i niezależnych od siebie społeczeństw nie jest już możliwy. Jesteśmy połączeni technologią, energią, gospodarką, przepływem ludzi i informacji.

Prowadzący zapytał więc, czy powieść może pomóc nam mierzyć się z takim światem.

Odpowiedź Tokarczuk mogłaby być manifestem literatury:

Olga Tokarczuk:
„Literatura ma bardzo ważną rolę, ponieważ jest przestrzenią, w której możemy próbować wielu wersji – brać je z przeszłości albo z przyszłości. Nie musimy niczego udowadniać tak jak w nauce. Literatura jest przestrzenią wolności dla naszej wyobraźni, pozwala wymyślać nowe światy. I to nie jest zabawa. Musimy ćwiczyć nowe możliwości świata. Literatura daje nam taką możliwość.”

Później, mówiąc o czytelnikach Ksiąg Jakubowych, którzy sprawdzali w internecie, czy najbardziej niewiarygodne elementy powieści wydarzyły się naprawdę, Tokarczuk ponownie wróciła do wolności fikcji. Fakt historyczny może być punktem wyjścia, ale literatura nie jest podręcznikiem ani raportem.

Może wymyślać.

I dobrze, że może.

„Literature is still a free country” – literatura jest wciąż wolnym krajem.

Światów jest więcej niż jeden

Kiedy spotkanie dobiegało końca, prowadzący sięgnął jeszcze do Biegunów. Rozmowa, która zaczęła się od Islandii i ziemi zdolnej przemówić do człowieka, znalazła swój finał w pytaniu o literaturę. Przytoczył słowa:

„Świata jest za dużo, lepiej więc skupić się na szczególe, nie na całości.”

Ten fragment niemal skupiał w sobie to, co powracało w rozmowie przez cały wieczór. Tokarczuk mówiła o rzeczywistości, której nie da się zamknąć w jednej opowieści – zmieniającej się wraz z perspektywą, pamięcią i miejscem, z którego patrzymy. Literatura może pomieścić te różne wersje, pozwolić im istnieć obok siebie, bez konieczności rozstrzygania, która z nich ma ostatnie słowo.

Kiedy Tokarczuk mówiła, że „literatura jest wciąż wolnym krajem”, mówiła również o tej możliwości: swobodzie przekraczania ustalonych granic, łączenia odległych punktów i szukania znaczeń tam, gdzie jedna opowieść już nie wystarcza.

Rozmowa kończy się więc tam, gdzie się zaczęła – na Islandii. Na wyspie, na której, jak powiedziała Olga Tokarczuk, ziemia wciąż potrafi mówić.

──────────────

MIĘDZYNARODOWA NAGRODA LITERACKA IM. HALLDÓRA LAXNESSA

10 września 2026 roku Olga Tokarczuk odebrała nagrodę podczas uroczystości w Nordic House w Reykjavíku. Wyróżnienie wręczył pisarce Logi Einarsson, minister kultury, innowacji i szkolnictwa wyższego Islandii.

Więcej informacji: Nordic House

Jeśli ten artykuł był dla Ciebie wartościowy i chcesz, aby O Zmierzchu i Świcie mogło nadal publikować niezależne teksty, możesz wesprzeć Fundusz Rozwojowy Magazynu.

Więcej informacji znajdziesz na stronie O MAGAZYNIE .

ZASTRZEŻENIE

Treści publikowane w magazynie „O Zmierzchu i Świcie” mają charakter edukacyjny i popularnonaukowy. Nie stanowią porady medycznej, psychologicznej ani dietetycznej i nie zastępują konsultacji z lekarzem lub innym wykwalifikowanym specjalistą.

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top